niedziela, 10 marca 2013

Wyspa - Seom

Śmieszna sprawa, z racji tego, że ten film chciałam zjechać od pierwszych sekund rozpoczęcia seansu. Byłam przekonana o porażce tej koreańskiej produkcji, pomimo licznych przychylnych opinii (przede wszystkim mojego wykładowcy przyszłego doktora pana Karola). Co zmieniło moje zdanie? Ostatnie kilka (dosłownie) sekund! Coś niesamowitego, pierwszy raz w życiu spotykam się z czymś takim.

Narracja jest dziecinnie prosta, historia rozgrywa się prawdopodobnie na terenach koreańskich wielkich jezior, gdzie spędzają wolny czas na wynajętych na pewien czas domkach unoszących się swawolnie na falach, w celu połowu ryb (w każdym razie taki jest dosłowny cel). Mamy także bezimienną bohaterkę, która prowadzi ten bajzel, dostarcza "rybakom" (umyślny cudzysłów) przynęt wędkarskich, transport i za dodatkową opłatą seks. Jej typowa dla wschodniej aparycji twarz budzi (w każdym razie w moim mniemaniu) strach i niepokój. To nie jest pozytywna postać. W żaden sposób nie wzbudziła mojego zaufania i współczucia. Przez cały seans życzyłam jej wszystkiego najgorszego, prostytutka, podglądaczka, intrygantka, zabójczyni.... samo zło.






Przede wszystkim chciałabym zwrócić uwagę na przepiękne zdjęcia. To właśnie one, pomimo nudnej i nic nie wnoszącej fabuły budziły mój zachwyt. Były wręcz spektakularne!Ogromnie polecam! Unosząca się mgła, dźwięk płynącej wody, kadry ukazujący piękny krajobraz - osobiście kupuję. Prywatnie jestem córką rybaka ( wędkarza ) i często zaliczam takie nadwodne przygody. Wędkowanie - mniej, przeżywanie otaczającej natury -  bardziej. Zaakceptowałam cały zamysł, ten pejzaż i bez-emocjonujące zdarzenia. Było nudno (przykładałam się do tego filmu kilkakrotnie) ale znośnie.

Koreańskie kino jest mega specyficzne i rozumiem czemu nasz szanowny pan wykładowca Karol poświęcił całe zajęcia na właśnie ten kraj. Na pewno całe tamtejsze kino nie jest takie jak Wyspa, ale rzeczywiście zasługuje na uznanie. Sama się dziwie temu, że ten film polecam, nic nie wnosząca szmira o kilkusekundowym zakończeniu wymagającym kontemplacji  Właśnie tego szukam we współczesnym kinie, zaskoczenia i refleksji. Oczywiście tematyka nie dotyczy rozważań filozoficznych itp. Nie nastawiajcie się na ambitne i górnolotne kino, ponieważ błędów jest bez liku. Jak cała kinematografia tamtych rejonów nic nie trzyma się kupy. Pomimo realistycznej oprawy część scen jest dość nieprawdopodobna (o japońska filmografio!). Ale fabuła jako tako mnie wkręciła.

Dla tych co zabierają się za ten film: nie oczekujcie dialogów, bo Kim Ki-duk (reżyser-scenarzysta) skupił się bardziej na oprawie graficznej niż stylistycznej. Chodziło o obraz i dźwięk  nie słowo mówione. Nie jest istotne to co bohater nam wypowiada, ale jak widz na to reaguje.
Pomimo wielu ale to wielu błędów, niedopracowań i dziwnych reżysersko-scenariuszowych wymysłach (może i zamierzonych) POLECAM!

Filmweb 7,3/10
Kika 7/10


poniedziałek, 4 marca 2013

Dla Ciebie

Moi drodzy czytelnicy których jak widać jest w chuj! Witam serdecznie każdego z osobna. Pogrążona w nostalgii przeciągającej się w nieskończoność zimy, zmęczona po nieprzespanych oscarowych nocach i pozbawiona absolutnie inspiracji twórczej, w końcu zasiadam przed Wami tu i piszę... Jako, że jeden z moich najwierniejszych czytelników (bardziej krytyk niż fan) wysłał mi dziś wiadomość (bardziej groźbę niż prośbę) abym coś skrobnęła, bo nudą zawiewa, przełamuję się i jestem! No bo jakże miałabym się odwrócić w tej sytuacji zadem i dalej topić się w oceanie przemęczenia? Jakże mogłabym teraz myśleć tylko o sobie i o prywatnych kwestiach życiowych? Przecież moi kochani są priorytety, a tymi priorytetami jesteście właśnie Wy! Pomijając fakt, że moje natchnienie filmowe zatrzymało się gdzieś w okolicach ostatniej sesji egzaminacyjnej na moim ukochanym wydziale kulturoznawstwa (najukochańszym na świecie i zarazem najtrudniejszym z możliwych kierunków!), postaram wykrzesać z siebie jakieś ostatnie filmowe idee i zaspokoić pragnienie kolegi Lożka związane z moim specyficznym piórem.

Mój drogi przyjacielu, najlepszy rozmówco z wszystkich mi znajomych i znawco dobrego kina. Zawsze doceniałam Twoje zdanie w kwestiach audiowizualnych, potrafiłeś profesjonalnie przekazać swoje wrażenia i interpretacje. Każda z Twoich wypowiedzi opierała się na sprawdzonych faktach, obsypywałeś mnie pachnącymi i wartościowymi lekturami z których czerpałeś najistotniejszą wiedzę z możliwych. Dziękuję Ci za to, że jesteś i pomagasz zebrać moje czasem szalone i niepoukładane myśli w jedną całość, przez co ten blog staje się tak niezależny, że aż wszyscy boją się go komentować. Dlatego mój bracie, specjalnie dla Ciebie robię to o czym zawsze marzyłeś, co Ci nieraz obiecywałam, ale jak to ze mną bywa nic z tego konkretnego nie wychodziło. Będzie to oczywiście recenzja filmu Las Piotra Dumały, która kilka miesięcy temu przepadła na moim laptopie za sprawą spalonego dysku, ale pamiętam ją całkiem nieźle, więc postaram się jak najdokładniej odtworzyć myśli sprzed prawie 2 lat. Kochany przyjacielu, najlepszy filmowy znawco z całej nas otaczającej szlachty, właśnie dziś w końcu dowiesz się dlaczego Las był przykładem kiepskiej kinematografii?

O co tam generalnie chodzi? Mamy przedstawioną historię ojca i syna, których losy obserwujemy na dwóch różnych czasoprzestrzeniach:

  • Las - ojciec przywódca, śmiałek, najsilniejszy przedstawiony element, syn - w cieniu ojca, przestraszony, zupełnie uzależniony od jego decyzji.
  • Rzeczywistość - ojciec - schorowany starszy mężczyzna, zupełnie uzależniony od syna, który się nim opiekuje.

Scenariusz, a może raczej sam pomysł na realizację tego filmu, był oczywiście trafny i całkiem niezły. Piękna choć łatwa alegoria lasu jako ucieczki przed okrucieństwem losu może się podobać, prawda Lożku? Ja sama tak uważam, więc dalej szukamy o co tej Kice chodziło...
Zdjęcia też mają tę magię, specyficzne oświetlenie zastosowane w kadrach kręconych w lesie, mglistość i poczucie nienaturalności, to wszystko było całkiem w porządku, obrazy niczym ze snu, pięknego, ocierającego się o rzeczywistość. W porządku, dalej nie mam konkretnej obiekcji.
Po raz kolejny zmagamy się tutaj chyba z największym problemem współczesnej kinematografii: "jak zrobić film żeby wyglądał ambitnie?". Pan Dumała tak bardzo skupił się na wizualnej oprawie tego filmu, że zapomniał, aby te wszystkie efekciarskie elementy COŚ symbolizowały! I właśnie w ten sposób mamy długie, przeciągające się ujęcia z których ciężko jest cokolwiek wyciągnąć. Np. ujęcie palącego się ogniska za którym nic nie stoi...poza palącym się drewnem. Tegoroczny zwycięzca Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, austriacka produkcja Miłość, zastosowała identyczny motyw przedłużania ujęć. Jednakże tam niosło to za sobą pewien cel, ukazania realizmu i codzienności, przybliżenia widza z historią  wciągnięcia w opowieść. W Lesie wieje metafizyczną pustką.
Kolejnym minusem jest ilość scen podkreślających ułomność/śmiałość podstarzałego ojca. Przesyt powodował znudzenie u widza a czasem nawet irytację. Pan reżyser otrzymał do dyspozycji chyba za dużo taśmy, z której musiał coś zrobić. No cóż, ja na jego miejscu wycięłabym kilka scen, kilka z nich raz jeszcze zmontowała, w rezultacie stworzyłabym artystyczną krótkometrażówkę, natomiast z resztek taśmy powstałby łańcuch na choinkę. Przykro jest mi to stwierdzić, ale kiedy z obrazu nie wychodzi żadna głębia to nie mamy ambitnego kina.
Czym jest sztuka? Czy to była sztuka? Lożku, czy to była sztuka?

Dobry pomysł + ciekawe zdjęcia + puste emocje = LAS

Może i ta recenzja jest mało profesjonalna, niedokładna i mocno powierzchowna za co Cię mój drogi przyjacielu najmocniej przepraszam, wiem, że stać mnie na więcej, ale nie mogłam sobie pozwolić na kolejne oglądanie tej polskiej arcynudnej serii obrazów. Wybacz i zdaję sobie sprawę, że rozgrzebuję stare rany.
Dziś mało zdjęć w ramie protestu, aby obrazy nie wygrały z emocjami, forma z treścią a bełkot ze słowem.

Filmweb 6,3/10
Kika 5/10
Lożek 8/10


wtorek, 12 lutego 2013

Oscary 2013



Już w niedzielę 24 lutego rozdanie Oscarów! 
Ponieważ lubię być na bieżąco i w tym roku szykuję się na transmisję z kawą i red bullem u boku. Dzień później w poniedziałek oczywiście do pracy nie idę, bo umrę jak ostatnio. Mimo wszystko całą noc trzeba wytrwać więc generalnie nie polecam nikomu po takim seansie odsypiać w robocie. Szef się może wkurzyć:)
Ale nie o tym nie o tym.
Znamy nominacje,
Kika ogląda i ocenia.
Oto moje mini recenzje,
enjoy motherfuckers!


Bestie z południowych krain

4 nominacje do Oscara:
  • Najlepszy film
  • Najlepsza aktorka - Quvenzhané Wallis
  • Najlepszy reżyser - Benh Zeitlin
  • Najlepszy scenariusz adaptowany

Piękna historia małej Hushpuppy, która wraz z ojcem stara się przetrwać w obliczach kataklizmu. Kraina w której mieszka (Wanna) zostaje zalana przez powódź, większość mieszkańców decyduje się na ucieczkę, niewielu zostaje próbując odratować zatracone życie. Obserwujemy ten wręcz tragiczny obrazek oczami dziecka, które swoją wrodzoną mądrością ale i oczywistą infantylnością nadaje fabule magicznego ducha.

Konieczna pozycja dla wszystkich znawców dobrego kina, mnie osobiście historia urzekła. Dziewczynka (Quavenhane Wallis) podbiła moje serce, ale chyba nie tylko moje o czym świadczy nominacja do Oscara. Rewelacyjnie napisany scenariusz, świetna gra aktorska, nutka wzruszenia i to serce włożone w całą tę produkcję bezpretensjonalnie poruszy największego twardziela. Poza tym nie rozumiem, czemu Akademia nie doceniła muzyki, świetnie dopasowana i po prostu piękna! Gorąco polecam!

Filmweb 7,1/10
Kika 8/10


Lincoln

12 nominacji do Oscara:

  • Najlepszy film
  • Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Daniel Day-Lewis   WYGRANA
  • Najlepszy aktor drugoplanowy - Tommy Lee Jones
  • Najlepsza aktorka drugoplanowa - Sally Field
  • Najlepszy reżyser - Steven Spielberg
  • Najlepszy scenariusz adaptowany
  • Najlepsza muzyka oryginalna - John Williams
  • Najlepsza scenografia   WYGRANA
  • Najlepsze kostiumy
  • Najlepsze zdjęcia - Janusz Kamiński
  • Najlepszy dźwięk
  • Najlepszy montaż

Ilość nominacji do Oscara powala, Steven Spielberg ewidentnie zrobił film ku pokrzepieniu amerykańskich serc. Abraham Lincoln jako ukochany ojciec narodu przedstawiony został rzeczywiście jako uroczy, inteligentny, dobry mąż, przykładny ojciec i sprawiedliwy prezydent. Tej postaci nie da się nie lubić, a grający tytułową rolę Daniel Day-Lewis sprawdził się na 5+, statuetka jest bardziej niż pewna, z czym się muszę oczywiście zgodzić (Złotego Globa już zgarnął!). Cała Polska trzyma także kciuki za Janusza Kamińskiego, którego nominacja za zdjęcia również jest bardzo zasłużona. Ale zawsze jest jakieś ale. Nasz kraj niekoniecznie interesuje się historią amerykańską, gdzie temat wojny secesyjnej, czy zniesienia niewolnictwa stanowi podstawę Lincolna. Film ocieka dialogami, brawurową grą aktorską i brakiem akcji. To oczywiście nie jest zarzut, ale produkcje polityczno-historyczno-amerykańskie nigdy nie cieszyły się moim zainteresowaniem. Oglądałam ten film 2 dni, kilka razy przysnęłam, było ciężko i nudno, dlatego postarałam się skupić bardziej nad oprawą techniczną. Wyszło dobrze, Spielberg dopracował wszystkie elementy do najwyższej perfekcji.

Filmweb 6,9/10
Kika 7/10



Niemożliwe


1 nominacja do Oscara:

  • Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - Naomi Watts
Niemożliwe jest to, że ta historia jest oparta na faktach, niemożliwy jest przedstawiony realizm, emocje, efekty, ale niemożliwa jest jeszcze jedna kwesta, dlaczego tylko jedna nominacja do Oscara?!

Szczęśliwe kochające się małżeństwo wraz ze swymi 3 synami, wybiera się na święta do Tajlandii. Błogi wypoczynek przerywa im nadciągająca fala tsunami, która zalewając całą okolicę rozdziela rodzinę. Muszą się teraz zmagać z siłami natury, przekonani o śmierci najbliższych desperacko walczą o przetrwanie.

Nie nastawiałam się na ambitne kino, no bo czegoż można oczekiwać po filmie katastroficznym? Nie wiem jak w innych polskich miastach, ale Warszawa jest wręcz oblepiona plakatami Niemożliwego. Pierwsze co zauważyłam, to wytłuszczonym drukiem zapisany tekst "wszystko w tym filmie zasługuje na Oscary". Przegięcie - pomyślałam - zawsze przeginają takimi hasłami.
Może to dlatego, że ta historia była wyjątkowa, bo każdy z nas widział wiele filmów opartych na faktach, ale ten ma jednak to "coś".
Może to dlatego, że za reżyserię odpowiedzialny jest Juan Antonio Bayona (Sierociniec), a jak dobrze wiemy hiszpańskie kino odznacza się specyficzną aurą.
A może dlatego, bo technicznie był wręcz doskonały.

Lubię płakać na filmach, łapać się za serce, podziwiać genialną grę aktorską, świetny montaż i dźwięk... ten dźwięk. Zbudował niesamowity - niemożliwy klimat. Akademio shame on you....

Filmweb 7,4/10
Kika 9/10

Django

5 nominacji do Oscara:

  • Najlepszy film
  • Najlepszy aktor drugoplanowy - Christoph Waltz   WYGRANA
  • Najlepszy scenariusz oryginalny - Quentin Tarantino   WYGRANA
  • Najlepsze zdjęcia
  • Najlepszy montaż dźwięku
Tarantino jak zwykle czaruje swoją oryginalnością i nietuzinkowym dialogiem. Po raz kolejny zaserwował widzom mocne kino z dobrym dowcipem i konkretną dozą krwistej masakry. Tym razem Quentin przedstawia nam swoją wizję niewolnictwa gdzie czarny czarnemu niepodobny. Westernowy klimat słodzi cudownie nasz Tarantinowski deser, a DiCaprio, Waltz i Jackson z każdym kęsem zmuszają widza po dokładkę. Polecam i smacznego!

Filmweb 8,5/10
Kika 9/10

Życie Pi 

11 nominacji do Oscara:

  • Najlepszy film
  • Najlepszy reżyser - Ang Lee   WYGRANA
  • Najlepszy scenariusz adoptowany
  • Najlepsza muzyka oryginalna   WYGRANA
  • Najlepsza piosenka
  • Najlepsza scenografia
  • Najlepsze efekty specjalne   WYGRANA
  • Najlepsze zdjęcia   WYGRANA
  • Najlepszy dźwięk
  • Najlepszy montaż
  • Najlepszy montaż dźwięku
I właśnie to tygryski lubią najbardziej. Idę sobie grzecznie do kina, nie spodziewając się żadnych fajerwerków, ot drugi Robinson Cruzoe, tyle, że na wodzie i zamiast Piętaszka mamy tygrysa. Proste, przewidywalne i powielane przez wielu scenarzystów. W Życiu Pi spotykamy się jednak z czymś więcej, historia wciąga widza już od pierwszych scen, a napisy końcowe wbijają w fotel - i tak powinno być zawsze. Pomimo lekkiej akcji nie nudzimy się ani trochę, muzyka pieści nasze uszy, a zdjęcia niczym aloes  koją zmęczone oczy. Aspekt religijny pozwala nam interpretować historię na swój własny sposób. Wiara jest tu przepięknie ukazana jako egzystencjalna wędrówka, dzięki której człowiek nigdy nie traci nadziei i pomimo trudu dąży do szczęścia. Nie chcę zdradzać zakończenia, ale będąc osobą o słabej wierze, gdzie często zapominam o duchowej sferze swojego życia, właśnie poprzez takie obrazki zatrzymuję się na moment i oddaję się myślom. Zasłużone 11 nominacji i oczywiście 24 lutego będę kibicować!

Hasło dnia: Robinson Cruzoe może mu possać!

Filmweb 7,5/10
Kika 9/10



Hobbit


3 nominacje do Oscara:

  • Najlepsza charakteryzacja
  • Najlepsza scenografia
  • Najlepsze efekty specjalne
Oczywiście kibicuję we wszystkich kategoriach, a po więcej informacji zapraszam do poprzedniego postu:

http://toniejestblogofilmach.blogspot.com/2013/01/hobbit-czyli-jaram-sie.html

Filmweb 8,2/10
Kika 10/10



Skyfall

5 nominacji do Oscara:

  • Najlepsza muzyka oryginalna
  • Najlepsza piosenka - Adele "Skyfall"   WYGRANA
  • Najlepsze zdjęcia
  • Najlepszy dźwięk
  • Najlepszy montaż dźwięku   WYGRANA

Dziwi mnie szczerze mówiąc ilość nominacji, bo nie wiem generalnie czym ten Bond aż tak się wyróżnił aby wychwalać go pod niebiosa. Nie był zły, ale rewelacyjnym bym go też nie określiła. Ciekawy - to dobre sformułowanie, Agent 007 jakiego jeszcze nie widzieliśmy, nie w formie, smutny i zmęczony. Jak mówiłam, interesujące spojrzenie na znaną wszystkim historię.
Dobra, w czym problem? Już tłumaczę...
Daniel Craig jest cudownym Bondem, szaleje za nim, uwielbiam i obok Seana Connerego i Pierca Brosnana stawiam na równi w tej roli - serio! Jednakże pokochałam go w Casino Royale, które było zjawiskowe jak i sam Craig, dalsze odcinki są dobre, ale nie mogą osiągnąć poziomu pierwszej części, przez co wydają się być słabe. Akcja nie jest tak wartka, montaż mało dynamiczny, scenariusz nieciekawy, a główny bohater nie ma nawet możliwości zaprezentowania swojego talentu aktorskiego. Wyszło mizernie, ocena zawyżona, bo jak wspomniałam na początku było ciekawie, No i za zakończenie, dało radę. .

Filmweb 7,6/10
Kika 7/10



Les Miserables 
Nędznicy


8 nominacji do Oscara:
  • Najlepszy film
  • Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Hugh Jackman
  • Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - Anne Hathaway   WYGRANA
  • Najlepsza charakteryzacja   WYGRANA
  • Najlepsza piosenka - Suddenly , wyk. Hugh Jackman
  • Najlepsza scenografia 
  • Najlepsze kostiumy
  • Najlepszy dźwięk   WYGRANA
3 wygrane Złote Globy:

Najlepsza komedia lub musical
Najlepszy aktor w komedii lub musicalu - Hugh Jackman

Najlepsza aktorka drugoplanowa - Anne Hathaway



4 wygrane nagrody BAFTA:

Najlepsza aktorka drugoplanowa - Anne Hathaway

Najlepsza scenografia

Najlepsza charakteryzacja i fryzury
Najlepszy dźwięk


Największe rozczarowanie tego roku, niestety. Bardzo bardzo a to BARDZO chciałam, żeby to było chociaż dobre. Krótki opis Kiki wychodzącej z kina:
Niesmaczny grymas na twarzy, osłabiony i odwodniony organizm, ból głowy niczym na kacu, utracenie wiary w piękno, przykrość (wcale nie związana z fabułą), śmiech połączony z rozgoryczeniem, rozerwanie emocjonalne, zgrzytanie zębami, senność, potrzeba rozmowy z drugim człowiekiem i błaaaagam, niech nikt już więcej nie śpiewa!!!

Nędza + tragedia. I teraz interpretujemy:

NĘDZA: jak sam tytuł stwierdza film jest o nędznikach, w sensie dosłownym i przenośnym. Występuje zarówno bieda związana z niedoborem finansowym jak i umysłowym, gdzie niszczy bohaterów samotność, niezrozumienie i śmierć. Ale to nie wszystko. Nędzny był pomysł ze zrobieniem musicalu, bardzo lubię śpiewy tańce podskoki i hulanki. Przeważnie kupuję całą tę przyznajmy szczerze cukierkową uroczą musicalową otoczkę. Zrobić z Nędzników tany tany hopsasa, brzmi niebezpiecznie, ale ciekawie. Zaryzykowałam i poszłam do kina z przeczuciem, że producenci trafili w dziesiątkę, to musi być genialne! Intuicja mnie jednak zawiodła, już nie czuję się w pełni kobietą, to było słabe. Nie wiem kto był odpowiedzialny za casting do tego filmu ale przysięgam, jak go znajdę to pobiję... Tak źle dobranej obsady nie widziałam dawno! Prócz Anne Hathaway i Hugh Jackmana nędza krzyczała "och jak mnie tu dużo"... I Uwaga będzie pojazd! Pan szanowny gladiator Russel Crowe, zdobywca Oscara, ulubieniec Ridleya Scotta i całej Ameryki, coś ty ze sobą zrobił chłopie?! Jego śpiew przypominał świergotanie sikorki o północy pod oknem, wszystko ładnie i sympatycznie ale za chuj nie pasuje. Śmiałam się, autentycznie zanosiłam się panicznym śmiechem w najbardziej tragicznych momentach filmu. Starałam się skupić, oczekiwałam tej łezki w oku - no niestety, gladiator zabawiał mnie swoim śpiewem prawie 3h.
A do tego zestawienia dorzućmy jeszcze:
  • Eddie Redmayne (Marius) nędza, brzydki, słabo aktorsko, a wokalnie dawno nikt mnie tak nie irytował!
  • Amanda Seyfried (Cossete) zero oryginalności, coś w stylu: uwielbiam musicale, grywam we wszystkich i śpiewam zawsze tak samo, nędza.
  • Samantha Barks (Eponine) nędza tańczy i śpiewa! To było najgorsze, grymas był spowodowany właśnie tą postacią! Pani/panie castingowcu - skąd ty wytrzasnąłeś tę panienkę?! Może nadawałaby się do High School Musical ale na pewno nie do Les Miserables! Mam wrażenie, że chyba zapomnieli jej ucharakteryzować, bo wyglądała jak nie z tamtej epoki. Nowoczesna fryzura, hipsterowo - podniszczony style, no i zupełnie niepasujący wokal, niczym z wygranego castingu w Idolu. Zbyt współczesna postać, zła rola, a scena śmierci : umieram la la la, jeszcze trochę potańczę, pomacham rączkami, no i szpagat zanim wyzionę ducha - oczywiście tak nie było, chociaż...jak zobaczycie zrozumiecie o co mi chodziło.

Nędzna była też muzyka, a w musicalach to chyba jest jednak problem.




TRAGEDIA: kolejny aspekt rozumiany dwojako, tragedia związana z losami bohaterów i tragedia siedzących w kinie widzów (współczuję wszystkim, bo wiem jak drogie są bilety, god bless środy z Orange). Nie można się tak bawić ludzkimi uczuciami, idę na film, bo myślę, że popłaczę i zaliczę konkretnego doła, a w zamian otrzymuję ból mięśni brzucha spowodowany ciągłym śmiechem (przynajmniej pocierpiałam jak chciałam). Tragicznie się też rozczarowałam, jedno z najgorszych uczuć na świecie.

Potragizowałabym jeszcze troszeczkę, ale czas na plusy, bo Nędznicy na szczęście dna nie sięgnęli.
Scenografia była całkiem ok, trochę przepychu, brudnych ulic, jakieś chorągiewki, nie było źle. Kostiumy też jako tako dały radę. Nie czepne się też oświetlenia, nagłośnienia - to wygląda bardziej jak recenzja koncertu  muzycznego, konkrety!

  • Anne Hathaway - lśniący element początku filmu, każda scena dzięki niej przyciągała i czarowała. Przepiękny wokal, jej solówka poruszyła lekko moje serduszko, lekko, bo jeszcze trochę się śmiało z gladiatora. Niestety wraz ze śmiercią tej bohaterki, umarł też film.
  • Hugh Jackman - spotkałam się z duża krytyką wśród znajomych jeśli chodzi o jego postać z Nędzników Naśmiewali się przede wszystkim ze specyficznego śpiewu. Moim skromnym zdaniem jego wokal urzekał, niekiedy brzmiał operowo, estetycznie, bardzo mocno i męsko - w przeciwieństwie do przebojowej osobowości Russela a'la Like a Virgin. Postać Valjean'a była bardzo wyrazista i przyzwoicie zagrana. Gdyby nie nominowany w tym roku Daniel Day-Lewis, to właśnie Jackman byłby moim faworytem do Oscara.

Generalnie film był dobry, dało się go oglądać, dopracowane szczegóły i ciekawe ujęcia wzbogaciły produkcję. Niestety może ta przesada związana z umieszczeniem w tym filmie wszystkiego co się da, byleby był Oscar spowodowała ten chaos. Może, nie wiem. No cóż, szkoda...

Filmweb 7,6/10
Kika 6/10


Operacja Argo




7 nominacji do Oscara:
  • Najlepszy film   WYGRANA
  • Najlepszy aktor drugoplanowy - Alan Arkin
  • Najlepszy scenariusz adaptowany   WYGRANA
  • Najlepsza muzyka oryginalna
  • Najlepszy dźwięk
  • Najlepszy montaż   WYGRANA
  • Najlepszy montaż dźwięku
2 wygrane Złote Globy:
  • Najlepszy dramat
  • Najlepszy reżyser - Ben Affleck
3 wygrane nagrody BAFTA:
  • Najlepszy film
  • Najlepszy reżyser - Ben Affleck
  • Najlepszy montaż

Jak to określił mój dobry przyjaciel z podobnym filmowym pierdolcem jak u mnie "dawno się tak nie denerwowałem". Najlepsze określenie Operacji Argo, rewelacyjne prowadzenie akcji, świetna reżyseria i genialnie narastające napięcie. Panie Benie Afflecku brawo, trzymam kciuki, pokonaj Spielberga, proszę cię! No niestety ale patrzę na ten film zupełnie w kontekście tego, że prawdopodobnie jest to jedyny kandydat do Oscara, który ma możliwość pokonania Lincolna. Złote Globy i BAFTA utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest szansa i na to liczę. Operacja Argo nie jest filmem zjawiskowym czy też oryginalnym, nie znajdziemy w nim autorskich ujęć czy błyskotliwych dialogów. Jest to krótko mówiąc kawał dobrze odwalonej roboty, konkretne kino przy którym nie zaśniesz. Podobało mi się. Dziękuję. 

Filmweb 7,5/10
Kika 7/10

Poradnik pozytywnego myślenia


8 nominacji do Oscara:
  • Najlepszy film
  • Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Bradley Cooper
  • Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - Jennifer Lawrence   WYGRANA
  • Najlepszy aktor drugoplanowy - Robert De Niro
  • Najlepsza aktorka drugoplanowa - Jacki Weaver
  • Najlepszy reżyser - David O. Russell
  • Najlepszy scenariusz adaptowany
  • Najlepszy montaż
W tym przypadku mamy do czynienia z największym zaskoczeniem tamtego roku, oczywiście w najbardziej pozytywnym znaczeniu. Okazało się, że komedia romantyczna może pójść w bardzo dobrym kierunku i utworzyć lekki ale i sensowny obraz. Mamy historię dziewczyny i chłopaka, która wcale nie jest o miłości, do stereotypowego hollywoodzkiego romantyzmu zaliczyć można wyłącznie końcówkę filmu, przewidywalną ale nic nie szkodzi, chodziło o pozytywy nie głupie wyznania. Wszytko w tej produkcji zasługuje na oklaski, ale czy jest oscarowe? Nie sądzę. W każdym razie gorąco polecam, rewelacyjne, śmieszne i inteligentne widowisko z dużą domieszką kina europejskiego. 

Filmweb 7,3/10
Kika 8/10
Miłość




5 nominacji do Oscara:
  • Najlepszy film
  • Najlepsza aktorka pierwszoplanowa -Emmanuelle Riva
  • Najlepszy reżyser
  • Najlepszy scenariusz oryginalny
  • Najlepszy film nieanglojęzyczny   WYGRANA
Dawno nie byłam tak poruszona, to austriackie dzieło nakręcone w języku francuskim było właśnie tym, czego oczekiwałam od kina europejskiego w tegorocznych Oscarach. Amerykanie jak zwykle wybrali drogę patriotyzmu, walki o ojczyznę, bohaterstwa i tak dalej i tak dalej, typowe hollywoodzkie zagranie, dobrze zrobione idealnie wpasowane w amerykańskie serca. Pan Michael Haneke, reżyser Miłości, obrał zupełnie inny kierunek, tragedia jednostki za zamkniętymi drzwiami, gdzie historię znamy tylko my, widzowie - podglądacze,
Przede wszystkim chciałam zwrócić uwagę na realność tego filmu, gdzie za sprawą długich ujęć, całkowicie pozbawionych muzyki, prostego montażu i specyficznego kadrowania, obserwujemy życie dwójki bohaterów, starszego małżeństwa w wyjątkowo uderzający nas sposób. Wszystko w Miłości jest prawdziwe, Haneke wciąga nas w historię  ukazuje nam jej najmniejsze detale abyśmy mogli lepiej poznać bohaterów i zrozumieć ich dramat.
Nie zapominajmy również o Emmanuelle Riva, nominacji do roli pierwszoplanowej, pani za którą trzymam kciuki najmocniej, ponieważ to co pokazała na ekranie było zjawiskowe! Sparaliżowana kobieta, po kilku udarach - to nie jest łatwa kreacja dla aktora, mimo tego Riva poradziła sobie znakomicie. Kradła każde ujęcie, nie sposób było oderwać od niej oczu, piękna i smutna gra, niesamowita.
Bardzo możliwe, że odbieram ten film zbyt osobiście, ze względu na własne doświadczenia życiowe, co oczywiście w żaden sposób nie zaślepia mojego odczucia wobec tej opowieści  Mogę co jedynie wyróżnić fachowość w podkreśleniu realności pod względem lirycznym, technicznym i w grze aktorskiej

Filmweb 7,7/10
Kika 8/10
Wróg numer jeden

5 nominacji do Oscara:
  • Najlepszy film
  • Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - Jessica Chastain
  • Najlepszy scenariusz oryinalny
  • Najlepszy montaż 
  • Najlepszy montaż dźwięku   WYGRANA


niedziela, 13 stycznia 2013

Hobbit, czyli jaram się!

Nie byłabym sobą gdybym nie pokusiła się o recenzję najnowszego dzieła Petera Jacksona, mojego mistrza i  mentora w kwestii zobrazowania Tolkienowskiego Śródziemia. I tak właśnie musiało minąć 10 długich i morderczych lat (od premiery Powrotu Króla), żeby miłość na nowo rozkwitła i wypełniła każdy zakamarek mojego ciała. Hobbit, bo to oczywiście o nim będzie teraz mowa, spowodował, że znowu w moich oczach pojawiła się łezka wzruszenia, a w serduszku rozpalił się ten stary, zadymiony piec. Ostatnio za dużo tej goryczy i niesmaku, nie ma co się krzywić, dziś posłodzimy po hardcorze!

Jak się pewnie nie trudno domyślić, jestem mega MEGA wielką fanką Władcy Pierścieni, zarówno wersji literackiej jak i filmowej. Hobbit jest wstępem do całej tej arcyciekawej historii i sam fakt, że muszę streścić fabułę jest dla mnie ciężkie do zrozumienia, bo oczywiście, jak można nie znać takich pojęć jak elf, krasnolud (nie krasnoludek kurwa), ork, goblin czy oczywiście hobbit? Cholera jasna, każdy wie, prawda, powiedzcie, że tak?! No ale dobra, niech tych wszystkich formalności stanie się zadość.
Mamy sobie małego hobbita, Bilba Bagginsa, który jak każdy z jego rodzaju lubi pojeść, wypić, jara fajkowe zielsko, wyleguje się na słoneczku ze swoimi owłosionymi stopami, nic nie robi, nie podróżuje, po prostu wiedzie spokojny beztroski żywot (story of my life- pomijając stopy, które regularnie depiluje). Sielankę przerywa mu pewien czarodziej Gandalf, który wraz z grupą 13 krasnoludów, zabiera Bilba na wielką wyprawę w poszukiwaniu przygód... Dobra starczy. Liczę, że widzieliście przynajmniej Drużynę Pierścienia, bo będzie duuuuużo nawiązań. Mój blog moje zasady.

Z tego co wyczytałam premierą Hobbita jarał się cały świat, w samej Polsce tylko w pierwszym weekendzie kino odwiedziło ponad 500 tys widzów. Jedne z ostatnich informacji potwierdzają, że film zarobił już grubo ponad 700 mln dolarów, nice. Oczywiście masy i tak przypieprzają się do szczegółów jako że zawiewało nudą, trwało za długo (3h), postacie w tej części nie były tak ciekawe jak w poprzednich, Martin Freeman (Bilbo) nie udźwignął roli, wyszła bajeczka dla dzieci, muza to odgrzewany kotlet, no i najczęściej przeze mnie słyszane "na cholerę z tak krótkiej książeczki robić 3 filmowe wersje". Moi drodzy, już wam wszystko tłumaczę i każdy z tych zarzutów postaram się elegancko odeprzeć.

(zawiewało nudą, trwało długo)
Rzeczywiście, żeby wysiedzieć w kinie 3h (nawet więcej, bo nie liczę reklam) to nie lada wyczyn. Sama niedawno zjechałam za to Wachowskich za Atlas chmur. Jednakże w tym przypadku zupełnie nie odczułam upływającego czasu, wręcz przeciwnie z pojawieniem się napisów końcowych wcale nie chciało mi się dźwigać z fotela i iść do domu. Posiedziałam sobie momencik dłużej, żeby posłuchać tej boskiej melodyjki, za którą odpowiedzialny był oczywiście Howard Shore, a w głowie układałam myśli, Jackson dał radę czy nie dał rady? Eeee ściemniam, nie myślałam wtedy, od pierwszych sekund wiedziałam, że wyjdzie rewelacja, tak sobie tylko siedziałam i łykałam ostatnie dźwięki cuda (kto wie ile trzeba będzie czekać na kolejną część). Wracając do tematu nudy, ktoś mi powiedział taką mądrość, że zanim te krasnoludy doczłapały do Rivendell, pół filmu minęło bez żadnej akcji, potem dopiero się rozkręciło. Heloł?! A jak było w Drużynie Pierścienia, ta sama bajka, ten sam zabieg. Już nie będę wchodziła w szczegóły, ale cholera jasna, albo zasnęliście na pokazie, albo jesteście fanami Avatara (gniooooooooot). Była i akcja i dialogi i potworki. Tolkienowski standardowy świat, więc what the fuck?







(postacie w tej części nie były tak ciekawe jak w poprzednich)
Wiem dlaczego takie opinie, też się trochę sama na to złapałam w pewnym momencie. Chodzi o to, że we Władcy Pierścieni mieliśmy większą różnorodność jeśli chodzi o bohaterów, było 4 uroczych hobbitów, 1 przystojny elf, 2 sexy ludzi i 2 staruchów: czarodzieja i krasnoluda. W Hobbicie nie ma już tak dużo młodzieniaszków, przez co może nam się tego już tak dobrze nie oglądać (żeńska część widowni wydaje się być lekko zawiedziona). Problemem jest brak zróżnicowania, mamy samych krasnoludów i... czegoś tutaj brakuje. Na szczęście producenci przewidzieli tę kwestię, dlatego delikatnie wpletli dodatkowe wątki, aby wzbogacić obsadę. I tak właśnie na ekranie na chwilę spotykamy znanych nam z poprzednich części: Galadriel (Cate Blanchett), Froda (Elijah Wood), czy nawet Sarumana (Christopher Lee). Całkiem podobał mi się ten zabieg, bo rzeczywiście nie zepsuło to fabuły, a nadało całej historii rumieńców.
Czepne się tylko jednego, czarnego charakteru. W Drużynie mieliśmy taką postać jak Uruk-Hai (pół ork pół goblin, kojarzymy?), tutaj natomiast spotykamy się z Azogiem, w książce tylko wspomniany, w filmie spora rólka. Ok, spoko, brawa dla scenarzystów za odgrzebanie tej postaci. Nie podobało mi się jednak jak zostało to coś przedstawione, chamsko komputerowo przerobiony ludzik popierdalający na jakimś wilku. Zjawiskowość Uruk-Hai'a polegała na świetnej charakteryzacji i tyle, wystarczyło, żeby widz się wystraszył i obrzydził. Ale to tylko detal, więc nie brnę dalej.



(Martin Freeman nie udźwignął roli)
Bullshit! Właśnie tak wyobrażałam sobie Bilba Bagginsa, identyczna mimika, gestykulacja, sposób mówienia. Chłopak świetne się wczuł w rolę. Mam może tylko za złe producentom, że jego rola była jakaś za mała, albo tak mi się wydawało. Początek i koniec oczywiście należał do niego, ale jeśli miałabym wskazać głównego bohatera Hobbita prędzej wymieniłabym Gandalfa albo Thorina (krasnolud, przywódca wyprawy).


(wyszła bajeczka dla dzieci)
Ech, jak się jest leniem, nie lubi się czytać napisów i idzie do kina na film z dubbingiem, gdzie głos Golluma podkłada Borys Szyc, to proszę się nie dziwić, że wyszła bajka! No jasna cholera, ja nie odczułam niczego takiego, wiernie oddana ekranizacja książki, która co prawda była napisana dla syna J.R.R.Tolkiena, ale z dobranocką nie miała wiele wspólnego.

(muza to odgrzewany kotlet)
Ok, słuszny zarzut, muzyka piękna, ale już przez wszystkich zasłyszana z Władcy Pierścieni. Te same motywy, linie melodyczne. Z jednej strony szkoda, że zabrakło oryginalności pod tym względem. Z drugiej moje podjaranie sięgało zenitu, w szczególności był taki moment, gdzie nagle moim oczom ukazały się charakterystyczne białe światła, osadzone wysoko w górach budowle i ta muzyka... Raptownie moje źrenice się rozszerzyły, po plecach przeszły mrówki i zaczynam szturchać siedzącą po mojej prawicy siostrę i półszeptem mówię: "Rivendell! Julka, to Rivendell!". Ta popatrzyła na mnie jak na debila i odwróciła wzrok z powrotem w stronę ekranu.
Wnioski: dla mnie muzyka stanowiła rodzaj sentymentalnego spojrzenia w przeszłość.

(na cholerę z tak krótkiej książeczki robić 3 filmowe wersje)
Początkowo to też mnie trochę uderzyło, rzeczywiście po co? Ale trzeba zobaczyć, żeby zmienić zdanie. Scenarzyści świetnie poradzili sobie z zebraniem tego wszystkiego do jednej kupy. Dodali kilka wątków, m.in. czarodzieja Radagasta, wariata zoologa, który idealnie wpasował się w całą tę historię. Hobbitowi nic nie zabrakło, wszystko zgadzało się z książką, zmiany były dosłownie minimalne, prawie niedostrzegalne, jednym słowem godnie oddana treść. Jestem dumna i szczęśliwa, nie spieprzyli tematu.


A tak zupełnie na koniec trochę z serii standardów recenzenckich:

  • zdjęcia urzekały,
  • efekty specjalne robiły wrażenie,
  • aktorstwo profesjonalne,
  • wszystko dopracowane do najmniejszych szczegółów,
  • na poziomie poprzednich wszystkich części.


Filmweb 8,2/10
Kika 10/10 (z serduszkiem!)



niedziela, 30 grudnia 2012

Wyśnione miłości

Jestem świeżo po zobaczeniu Wyśnionych miłości  Xaviera Dolana i początkowo w sumie nie chciałam nic pisać o tym obrazku z racji tego, iż moje odczucia są bardzo podobne do tych z Atlasu chmur Wachowskich. Ale za długo nad tym już myślę, zbyt wiele kłębi się w głowie, więc coś tam skrobnę.

Krótko o samej treści, krótko, bo generalnie pomysł do skomplikowanych nie należy. Mamy parę bohaterów, bliskich przyjaciół: Francis (Xavier Dolan) i Marie (Monia Chokri), którzy zakochują się w tym samym mężczyźnie, Nicolasie (Niels Schneider). Przez następne 1,5h obserwujemy zjawiska niekończących się flirtów, dzikich rywalizacji i podupadającej przyjaźni.

Co od razu rzuca się w oczy przy pierwszym zetknięciu się z tym filmem? Na pewno piękne ujęcia, urzekają, czarują, mhmm bajka. Do tego wpleciona idealnie dobrana muzyka nic tylko nadaje jeszcze większego wyrazu całej tej magicznej oprawie. Przyznaję, same zdjęcia przyciągają widza, wprawiają w poczucie, że patrzymy na coś coś wybitnego, artyzm wylewa się wiadrami, ale to tylko pozory. Te wszystkie cuda i bajery tylko przesłaniają bardzo płytki scenariusz. Na Filmwebie znalazłam kilka opinii podobnych do moich i pojawiło się pewne określenie idealnie pasujące do krótkiego scharakteryzowania Wyśnionych miłości - "pseudoartystyczny". Za dużymi zbliżeniami, spowalnianym tempem, nakładanym filtrem na obraz czy wcześniej wspominanymi wpadającymi w ucho piosenkami nie kryje się nic, pustka, płycizna, zero refleksji. To właśnie jest mój największy i w sumie jedyny konkretny zarzut do tego filmu.







Kolejną baaaaardzo baaaaaardzo istotną kwestią, którą udało mi się wyłapać, jest ukazanie subkultury hipsterów. Oni są wszędzie! Pojawiają się w każdym kadrze i swoją zajebistością zmuszają do podziwiania ich genialnych przedpotopowych idealnie dobranych kolorystycznie outfitów i fikuśnych fryzów! Są tacy...WOW! Nie da się tego nie zauważyć, pewnie niejeden młodzieniaszek oglądający ten film zazdrościł bohaterom stylu, kasy, wystroju mieszkań i tej mega wypasionej indywidualności!




Bohaterowie są jakby wyrwani z innej epoki, Marie do złudzenia przypomina Audrey Hupburn, Francis kradnie styl Jamesa Deana, Nicolas to współczesny Adonis z chłopięcą buzią i bujnymi blond lokami. Charakteryzacja jest aż przesadzona, widz obciążany jest nadmiarem oryginalności,  który w końcu prowadzi do mdłości i migreny. Vintage nie jest elementem, dodatkiem, ale stanowi jedną wielką, niesmaczną całość. Nie wiem czy tak miało być, czy Xavier niechcący za bardzo się rozszalał.

Pomimo tego wszystkiego, drogi panie reżyserze, mieć 21 lat i samemu stworzyć taki obrazek? Wybaczam wszystkie niedoskonałości, niedopracowane sceny i luki w scenariuszu, kawał dobrej roboty Xavierku odwaliłeś. Brawo i dozgonny szacun. A i dziękuję za przypomnienie mi o tak wspaniałej grupie jaką jest The Knife, mogłam odgrzebać stare płyty i pokochać je od nowa. THX :)



Filmweb 7,5/10
Kika 7/10 (było spoko bez urywania dupy)



wtorek, 18 grudnia 2012

Ale to było ambitne

Najwyższy czas skupić się na teraźniejszości, mamy 2012 rok, sporo działo się w kinach. Ja wiecznie narzekająca na brak czasu, filmy bardziej oglądałam w domu niż multipleksach, ale chociaż na koniec tego roku postanowiłam się zrehabilitować (Ikunio, tak, to m.in. przez Ciebie) no i jakieś tam zaległości udało mi się nadrobić. Podczas jednej z takich wizyt, kiedy widz zmuszony jest do co najmniej 30-minutowego gapienia się na reklamy, moim oczom ukazał się całkiem przyzwoity trailer. Tom Hanks.. mhmm... Halle Berry... mhmm. Hugo Weaving, Ben Whishaw (tak, to ten od Pachnidła), Hugh Grant, Susan Sarandon! Myślę sobie, what the fuck?! Co za obsada?! Wszystko wyglądało tajemniczo i zarazem ciekawie. No i fakt, że za to dzieło zabrało się rodzeństwo Wachowskich (tak tak już nie bracia, ale pewnie już wszyscy wiecie, że Laurence to teraz dziewczynka) spowodowało u mnie szybsze bicie serca, gorące poty i pojawił się ten szalony błysk w oku mówiący "hell yeah". Było tak, pięknie i różowo, jak przemyślanie i bogato, wesoło i smutno. Dlaczego więc "Atlas chmur" stał się w moim rankingu największym rozczarowaniem tego roku?

Zacznijmy może jak zwykle od wprowadzenia w fabułę. Najprościej, ogólnie, w skrócie, bo nie będę się rozpowiadała nad każdą najmniejszą pierdołą (nie pamiętam wszystkiego, to nie ma sensu, jest nieistotne i nie chce mi się). Co nam Wachowscy zaserwowali? Tysiąc pięćset czterdzieści dziewięć wątków (serio na początku jak nie wiedziałam o co chodzi, mniej więcej tyle różnych historii wyłapałam) gdzie w każdym lub prawie każdym występują ci sami aktorzy, ale oczywiście w różnych wcieleniach. No i uwaga teraz, uwaga uwaga, bo będzie SPOILER! Jak Wam o tym teraz powiem, to normalnie nie uwierzycie, siedziałam tydzień w domu, specjalnie wzięłam urlop, żeby w spokoju porozmyślać nad problemami egzystencjalnymi, które film poruszał, rysowałam tabelki, kreśliłam diagramy, swoimi postrzeżeniami dzieliłam się nawet ze swoim kotem, który słuchał mnie z poważną miną. Po 7 dniach kontemplacji, z depresją, cielesnym nieładem, całą ryzą papieru z wymalowanymi diagramami słupkowymi i skończonym tuszem w drukarce, w końcu na to wpadłam, tak, już wiem! Ten film jest o REINKARNACJI! Żeby jeszcze tę myśl tak ładnie rozwinąć  powiem nawet, że Atlas chmur dotyka tematu, różnych wcieleń, jak na przestrzeni lat/wieków niby ten sam człowiek rysuje się na karcie historii. Och jak to pięknie brzmi, a jak chujowo wyszło.







Dzieło Wachowskich zostało zrobione z rozmachem chyba jeszcze większym niż przy produkcji "Matrixa". Rzeczywiście się postarali, bo nie zabrakło tutaj nic, były elementy komediowe, dramatyczne, romantyczne, sensacyjne, trochę sci-fiction, szczypta tragizmu i powiem Wam, o dziwo, to wszystko trzymało się nawet kupy! Oczywiście wykonanie profesjonalne, wyższa półka, generalnie oceniając samą realizację określiłabym ten film jako bardzo fajną przygotówkę z ekstra dodatkami. Problem następuje w momencie, kiedy pojawiają się gdzieś tam wplecione głębokie myśli. Nie czytałam książki, więc nie śmiem wyśmiewać się z przemyśleń tam zawartych, zajrzałam do kilku recenzji, owszem, no i dopiero wtedy mniej więcej zrozumiałam do czego Wachowscy przez te straszne, okrutne, mordujące duszę 3 godziny filmu chcieli dojść, ale nie wyszło. Z fajnych refleksji wyszedł płytki syf.
To wyglądało mniej więcej tak jakby ów brat z siostrą usiedli sobie na kanapie w domu i zaczęli rozmawiać:
-Ej Lana, chodź zrobimy jakiś fajny film
-Dooobra Andy, to może taki na mega wypasie cooo? Dużo wszystkiego, pomieszamy gatunki filmowe, strzelaniny, pościgi, seks, śmieszne gagi i staruszki! Haha
-Tyyyy dobre. A to może dowalimy jeszcze jakieś filozoficzne pierdy? Wiesz, niech ludzie myślą, że na mądry film patrzą. Ooo czytałaś Atlas chmur, może się nadać, tego jeszcze nie grali?!
-Andy ty to masz łeb, kocham cię braciszku
-Spierdalaj... i pisz scenariusz... bitch!
Tak to właśnie było... A najśmieszniejsze jest to , że wszystkie "ambitne" sceny są tak perfidnie zaznaczone, że akurat w danym momencie jest ambitny dialog, że od każdego słowa zawartego w wypowiedzi bohatera bije ambitny przekaz i w ogóle ty nie wiesz, że to jest ambitne, nieeeee, ty się domyślasz, taaaak. Z góry przepraszam za cały ten szalony akapit, ale mam na celu uświadomić wszystkim, jak ta głęboka produkcja chaotycznie wpływa na umysł widza. Wszystko jest podane jak na tacy, nie ma nad czym myśleć, wyszukiwać sensu też nie trzeba.  W trakcie kilku scen Wachowscy wywieszają tak jakby białe transparenty z dużymi czarnymi napisami "UWAGA TO BĘDZIE GŁĘBOKIE" żeby widz przypadkiem nie przeoczył tego, bo by nie zrozumiał i wtedy ten film już nie byłby taki fajny. Raziło mnie to okrutnie, aż ciężko mi ogólnie się wysłowić w tej kwestii. Czyli idąc najkrótszą możliwą drogą: albo wóz albo przewóz, albo hollywoodzki bajer, albo metafizyczna nostalgia.

Dobra, za bardzo rozpisuję się nad samą interpretacją, a trzeba dzieło Wachowskich jeszcze technicznie przeanalizować. Ktokolwiek był odpowiedzialny za montaż, odwalił robotę na 4 (w skali ocen szkolnych of course). Było dobrze, bez rewelacji, dupy nie urwało, ale czepiać się nie będę. Gdybym była zawodowym montażystą zrobiłabym to o niebo lepiej, niestety nie jestem, nie znam się, więc nie krytykuje przynajmniej tego. Muzyka nawet spoko, obsada wiadomo, że genialna, to już szkoda czasu na to. Efekty specjalne mhmmm pychota, charakteryzacja super super (ciężko było rozpoznać aktorów niekiedy). No i zdjęcia, przepiękne zdjęcia, żal dupę ściska, że ta cała otoczka wokół Atlasu chmur była tak perfekcyjnie dobra i dopracowana.

Wielość wątków obniżyła znacznie jakość produkcji  stała się przez to zbyt męcząca i nieprzejrzysta. Twórcy mogli odpuścić sobie kilka historii, skupić się bardziej na tym, żeby nie utracić sensu, bo wyszło zupełnie odwrotnie. Aby potwierdzić pewną tezę, pokuszono się o przykłady, których natłok przyćmił najważniejsze przesłanki. Wyszły ogórki z dżemem i musztarda z kisielem, niezjadliwy bełkot. Zdolność do przesady spierdzieliła temat, bywa.


Odnalazłam też po drodze mnóstwo odniesień do innych filmów. I tu wcale mi nie chodzi, że twórcy inspirowali się inną produkcją, tylko na chama kradli pomysł, ładnie go przerabiali i wrzucali do scenariusza. Takie to było aż czasami bezczelne, nie podobało mi się szczerze mówiąc. Np przedstawiona została historia najdalszej przyszłości, gdzie ludzie znowu wracają do natury, żyją bez technologii, niczym jaskiniowcy, a na dodatek ukrywają się przed dziwnymi stworami, które pragną zniszczyć całą ludzkość. Tymi stworami jest chyba jakieś inne plemię, ale wyglądają dziwnie, więc wrzucam do jednego wora. Co nam to przypomina? Planeta małp? Wehikuł czasu? Jak się nie ma pomysłów, to trzeba kombinować, co nie?

No i na koniec jeszcze takie jedno mega rozczarowanie, ponieważ przez cały czas za cały ten bajzel obwiniam Wachowskich. Niestety, ale winę za to dzieło ponosi jeszcze trzecia persona, Tom Tykwer. Ten jakże wspaniały reżyser (i nie tylko) znany szerzej za sprawą chociażby "Biegnij Lola, biegnij" pokusił się o współpracę z matrixowym rodzeństwem i może to właśnie dzięki niemu oprawa tego filmu była taka dobra. Tak sobie właściwie tylko wmawiam, Lana z Andym mieli ciężki okres, napisali kiepski scenariusz, więc przybył bohater, Tom, który postanowił uratować Atlas chmur. Spróbował poprawić scenariusz, zrobił co mógł, z reżyserką też pomógł, wyszło jak wyszło. Ważne, że się starał i ja to doceniam. O!

Żeby jeszcze bardziej pomieszać Wam w łepetynach wrzucam trailer tego cuda, zobaczcie jak ładnie i przejrzyście można przedstawić 3-godzinną filozoficzną nadinterpretację wszystkiego. Że ja się na to nabrałam, ech...  A tak w ogóle, to w tym trailerze jest w zasadzie wszystko, co powinniście wiedzieć. Po obejrzeniu tego krótkiego prawie 6-minutowego filmiku, jesteście absolutnie zwolnieni z konieczności zobaczenia Atlasu chmur. Moi drodzy, nie warto, może lepiej przeczytać książkę jednak.


Filmweb 7,7/10 (bo ci inteligenci zrozumieli przesłanie i poczuli się tacy mądrzy)
Kika 5/10 (bo za łatwo zrozumiałam przesłanie i poczułam, że robią ze mnie debila)